„Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów” Sakuraba Kazuki - recenzja


Dobry wieczór Wam w ten piątkowy wieczór. Ja wiem, było tak ciepło, tak ładnie, wyciągnęliście letnie buty i kurteczki, szaliki poszły w kąt, a tu od soboty znów mrozik! Łączę się z Wami w bólu i spieszę pocieszać. Jako że ostatnio dobrze mi szło w wymyślaniu na szybko mini komiksów z życia mego skandalicznego, wzięłam się dzisiaj jeszcze za pierwsze szkice logo bloga. A co, pospojleruje Wam trochę. Bardzo bym chciała tam księżyc. W sumie od zawsze mi towarzyszył ten symbol i jakoś tak się z nim związałam. Tyle ze spoilerów, a teraz główny temat. Co dziś mamy do recenzji?  Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów autorstwa Sakuraba Kazuki. Jest to książka o której od dawna chciałam napisać. Właściwie odkąd ją skończyłam czytać chorowałam by z kimś o niej pogadać.



Tytuł: Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów.
Tytuł oryginalny: Akakuchiba-ke no densetsu
Autor: Sakuraba kazuki
Wydawnictwo: Literackie
Wydanie: 
Ilustracja okładki: Fawn Lau (okładka angielskiej adaptacji)

Ogólnie nie raz i nie dwa czytałam coś japońskich autorów i generalnie mają oni bardzo swoisty styl pisania, czy to Haruki Murakami, czy Honda Tetsuya czy w końcu Yasunari Kawakaba. Każdy z nich reprezentuje inny gatunek literacki a jednocześnie ich styl pisania ma pewne znamiona pochodzenia. Nie do końca umiem to ująć w słowa. Musielibyście sami przeczytać kilka z książek by zrozumieć to w pełni. Ale spróbuję Wam opisać o co chodzi. 

Czytając tą książkę zaskakuje nas, z jednej strony prostota języka, z drugiej emocje bez emocji. Bohaterowie mówią o nich, przeżywają je i to te gwałtowne, jak miłość, nienawiść, smutek, strach a równocześnie opis tych emocji wydaje się chłodny jakby z otoczką rezerwy i wszechobecnego spokoju. Jest to tak charakterystyczne dla  kultury japońskiej, ten brak eksponowania wprost emocji, niegodnych dla szanujących się, dobrze wychowanych Japończyków. I może to właśnie tak mocno odbija się w ich literaturze, jednak by stwierdzić to w stu procentach musiałabym czytać więcej i więcej autorów pochodzenia japońskiego.
Dobrze, wróćmy do książki. Do faktów. Jest to saga opisująca trzy pokolenia kobiet z rodziny Akakuchibów: Manyo - babki sieroty poślubiającej bogatego dziedzica, Kemari jej zbuntowanej wiecznie córki artystki, oraz Toko, która w zasadzie opowiada nam całą sagę by w końcu dojść do odkrycia tajemnicy jaka ciąży na ich rodzinie. W jakimś stopniu jest to zatem legenda o kopciuszku w czasach rozwoju technologicznego Japonii. Legenda o magii, śmierci i prawdziwej przyjaźni, a na koniec historia współczesnej kobiety Japonii próbującej odnaleźć gdzieś siebie oraz próbującej odkryć tajemnicę morderstwa do jakiego na łożu śmierci przyznaje się jej babka. 
Całą książkę podzielono na trzy rozdziały opowiadające trzem pokoleniom kobiet. Historie ich życia przeplatają się tworząc niesamowitą historię osadzoną w czasach po drugiej wojnie światowej. Mamy zatem Japonię, która się poddała, mamy obraz żołnierzy którzy wrócili z frontu, by na nowo uczyć się żyć w społeczeństwie, mamy rybaków i rzemieślników których postawiono przed gwałtownym rozwojem przemysłowym, mamy małe miasteczko idące z duchem czasu niekoniecznie dla dobra ich mieszkańców i mamy magię. Magię niezwykłą, jak i sama Japonia. Magię która jest czystą naturą, lasem, górami, wiatrem. Magię, która opisana przez bohaterów nie musi wcale być prawdziwa, ale oni w nią wierzą, więc jest. Mamy tu wszystko co japońskie. Honor, wiarę, dumę. Mamy mangę, bunt i gangi motocykli. Mamy w końcu tradycję i rozwój przemysłowy. Wszystko połączone w jakiś sposób.  Przyznam, ze dawno nie czytałam takiej książki. Byłam i jestem nią oczarowana, zafascynowana i całkowicie pochłonięta. Nie umiem wyrazić jak bardzo mi się podoba. I w stylu pisania (choć do tego musicie się przyzwyczaić) i nawet w dziwnej narracji (do tego tym bardziej musicie się przyzwyczaić). Książka ta nie jest jednak książką jednego dnia. Wiele razy musiałam się zatrzymać, pomyśleć nad jej treścią, nad tym co przezywają bohaterowie i co się ma zdarzyć. Od początku wiemy, że ktoś został zamordowany i od początku książki snujemy rozważania wraz z Toko. Jest to niesamowite i bardzo inne jeśli chodzi o rozwiązanie wątku kryminalnego. Nie zdradzę wam zakończenia choć, przyznam, że domyślałam się w jakimś stopniu rozwiązania. Może dlatego, że tak dobrze poznajemy bohaterki? W jakiś sposób jesteśmy z nimi związani. To też niesamowita umiejętność autora. Sprawić, że jesteśmy częścią książki, jesteśmy jej bohaterami. No dobrze, ja wiem, ja ZAWSZE przeżywam książki, ale w tym wypadku było to czyste uniesienie. Naprawdę.  Dodam tylko na koniec, że nie jest to książka dla osób szukających czegoś "bo lubią mangę i Naturo i wszystko co japońskie! Kawai!!!". Bardzo was przepraszam, ale was ta książka zmęczy, chyba, że chcecie sięgnąć głębiej w serce Japonii i poznać jej także nie tylko słodkie aspekty. 

Podsumowywując polecam Wam ją ogromnie, jeśli macie więcej czasu w te niedługo na nowo zimowe wieczory. Historia niesamowita i warta poznania. Może nieco przybliży wam właśnie kulturę japońską i jej nieco zamkniętą, diabelnie skomplikowaną dla nas Europejczyków naturę
Miłego czytania.

Dobranoc.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Dziewczyna z dzielnicy cudów" Aneta Jadowska - recenzja

"Złodzieje Snów" Maggie Stefivater - recenzja

Patricia Briggs - seria o Mercy Thompson - Recenzja