"Trup na plaży i inne sekrety rodzinne" Aneta Jadowska - recenzja
Od dwóch dni zastanawiam się jak zacząć
dzisiejszą recenzję i czy nie złamać swojej zasady i nie zaspoilerować Wam
pewnej ważnej rzeczy. Dlaczego? Dlatego, że powinno się o tym mówić. Nigdy nie
przypuszczałam, że książka, której recenzję dzisiaj piszę poruszy mną tak
bardzo. Ale do rzeczy. Dwa dni temu, jadąc zimnym krakowskim tramwajem
skończyłam czytać „Trup na plaży i inne sekrety rodzinne” pani Anety
Jadowskiej. Ludzie musieli mieć ze mnie pewnie niezły ubaw, bo ryczałam jak
bóbr i pewnie na normalną nie wyglądałam. Niestety tak się składa, że najwięcej
czasu by czytać mam w drodze do pracy i do domu. Jadę około godziny w jedną
stronę. Stąd takie miejsce mojej małej dramy. Czemu płakałam? No cóż z jednej
strony jestem kobietą, potrafię ogarnąć 20 Wybrańców Bogów Chaosu w wieku lat
4, ale i potrafię się popłakać, bo spadnie mi łyżeczka. Ale tak naprawdę dawno
nie czytałam czegoś, co by dotykało problemów, które nadal w dużym stopniu są tabu w
społeczeństwie.
Na początek trochę o książce i o bohaterach. Jest to
pierwszy debiut w "pełni" kryminalny (wcześniej wątki kryminalne były, ale
zazwyczaj osadzone w realiach fantastycznych) pani Anety Jadowskiej. Od czasu „Złodzieja
Dusz”, w którym pojawiły się pierwsze wątki kryminalne przepłynęło wiele wody i
kunszt autorki nabiera coraz więcej perfekcji i mocy. I wiedziona instynktem sięgnęłam po
książkę z entuzjazmem i przyznaje nie zawiodłam się. Styl pani Jadowskiej
pozostał, kryminał nie jest ciężki, depresyjny, okalany strachem i brutalnością.
Naprawdę nie lubię takich kryminałów, wręcz nienawidzę czytając książkę czuć
się depresyjnie. Lubię myśleć nad lekturą, cieszyć się, że wymaga ode mnie
więcej uwagi. Ale nienawidzę, jeśli po przeczytaniu mam ochotę rzucić się pod
tramwaj. Może dlatego rzadko sięgam po kryminały norweskich autorów, którzy
chyba lubują się w takich klimatach (to oczywiście generalizowanie, ale sami
rozumiecie). Stąd mój zachwyt, gdy czytając książkę okazało się, że bohaterka
jest normalna, zdarzają jej się przykre a czasem śmieszne sytuacje. Całkowicie
normalne, życiowe, a ona sama nie jest jakąś super mega bohaterką a całkowicie zwyczajną
dziewczyną. Nakreślone charaktery postaci pobocznych w książce też są dobre
(nie spodziewałabym się niczego innego po książce autorstwa pani Jadowskiej).
Uwielbiam to, że autorka często opisuje naszych policjantów takimi jacy są.
Pokazuje ich dobre i gorsze strony, typy z czasów PRL oraz tych nowoczesnych
młodych wilków. Dodatkowo miejsce akcji, czyli Ustka wraz z jej
charakterem, urokiem i magią małego miasteczka, są świetnym
dopełnieniem powieści. Bardzo dobrze widać tu pracę i czas, jaki autorka włożyła
w zbieranie materiału do książki. To
jedna z wielu rzeczy jakie podziwiam w książkach pani Jadowskiej. Książkę
czyta się płynnie, przyjemnie i całość po prostu wciąga.
Nie byłam pewna zakończenia historii i przyznaję czytałam dwa razy fragment
rozwiązania zagadki, ale jest on prawidłowy i dobry.Tego się będę trzymać, choć odbiega on w przyjemny sposób od standardowych rozwiązań w kryminałach. W całości naprawdę nie mam
nic do zarzucenia ani autorowi ani wydawnictwu. A Empik miło wysłał mi książkę
przed premierą, przez co człowiek raz w życiu poczuł się troszkę jak VIP. Nawet
nie wiecie jak bardzo to cieszyło w dniu, w którym tylko się wszystko
pogarszało. Także polecam bardzo!!
Miłego czytania!!
A teraz będzie część spoilerowa! Jeśli nie
czytałeś jeszcze książki nie czytaj tego, co poniżej. Zaufaj mi i nie czytaj!!
Uznałam,
że powinnam poruszyć zaznaczony w książce temat przemocy domowej, który często
traktowany jest z powagą, ale jednak jakoś pomijany. A tu
niektórzy uznają, że włożony tak dziwnie, bo przecież książka jest pozytywna i
napisana nawet z humorem i jak tu taki motyw. Uważam, że warto o tym pisać,
uważam, że nie jest to jakąś mroczną tajemnicą. Przemoc domowa występuje nie
tylko w małych społecznościach bez dostępu do cywilizacji. Występuje wszędzie.
I stawiam czekoladę, że każdy z Was zna co najmniej jedną osobę, która jej
doświadczyła w ten czy inny sposób. Często nie zdajemy sobie jednak sprawy, że
gdzieś obok nas cierpią kobiety, dzieci, osoby jak my. Widzimy oprawców i to
nie są tylko zapici żule. To mogą być poważni ludzie mówiący wam grzecznie „dzień
dobry” i zabawiający was anegdotami, gdy akurat spotkacie ich pod sklepem, w
autobusie czy na klatce schodowej.
Ludzie z klasą. Wzorowi obywatele.
Chodzi mi o to, by o tym mówić. By
„krzyczeć” na lewo i prawo, że to jest złe. A do osób, które są pokrzywdzone
jakoś wyciągnąć rękę. Czasami się wam nie uda. Czasami nie możecie zrobić za
wiele. Ale czasami sama rada czy wsparcie dla ofiary może popchnąć ją by coś z
tym zrobić. Odejść. Znaleźć profesjonalną pomoc.
Sama jestem tchórzem i pewnie
nie rzuciłabym się w obronie osoby krzywdzonej na ulicy (modlę się bym nigdy nie musiała) , ale jeśli tylko wyciągniecie
telefon i wykręcicie 112 i nie odwrócicie głowy, to może zmienić wiele. Wiem to z autopsji. Piszę o
tym, bo uważam, że pani Jadowska poruszyła ponownie pewien temat tabu.
Oczywiście wielu autorów wspominało o przemocy domowej. Ale tu mamy ukazaną
inną perspektywę. Perspektywę osoby, która nie miała wcześniej z tym
styczności. Która nigdy nie brała pod uwagę, że obok niej dzieją się takie
rzeczy. Osobę, która nie wpadła z tego powodu w depresję, ale żyła dalej,
robiąc coś z tym, co jest złe.
Podsumowując: dziękuję, jeśli przeczytaliście
ten kawałek po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że dał wam on tyle do myślenia,
co mnie, gdy skończyłam czytać i ryczałam jak głupi bober w tramwaju. Mam
nadzieję. Po prostu. Dajcie ją innym.

Komentarze
Prześlij komentarz