"Magiczne akta Scotland Yardu" Anna Lange - recenzja


Pomyslałam, że będę też publikować kilka recenzji książek które już od dłuzszego czasu siedzą na moich półkach. 
Zatem dziś będzie o książce która wzbudziła we mnie wiele "ale" i zaskakujących szczerych "Ooooo!"
Mówię tu o „Magicznych aktach Scotland Yardu” autorstwa Anny Lange.  Z opisu ma być to "inspirująca powieść fantasy umiejscowiona w alternatywnej rzeczywistości XIX wieku w Anglii". Jak sama nazwa wskazuje głównym punktem odniesienia ma być specjalna jednostka zwana Wydziałem do Spraw Magicznych w Scotland Yardzie. Przyznaję szczerze książka ta wprowadziła u mnie wiele mieszanych uczuć. Ale o tym, za chwilkę. Na początku chciałam zaznaczyć, ze mamy tu do czynienia z ciekawie początkującym nowym polskim autorem a mianowicie panią Anną Lange. Mam wiele nadziei co do jej rozwoju i kolejnych książek. Na razie to jej debiut i może stąd małe zawirowania.






Zaczynając od początku.. po dobrych 120 stronach byłam prawie pewna, że to książka spisana na scenariuszu gry RPG ( miałam już styczność z taką książką i był to ogromny zawód..) na szczęście było to mylne uczucie. Powiedziałabym, że książka mocno skupia się na kwestiach struktur społecznych XIX wiecznej Anglii , perypetii rodzinnych oraz konfliktów w kwestii dziedziczenia.Taka trochę inna wersja klasyków angielskich. Kwestie magii i fantasy są tu na drugim planie jeśli chodzi o fabułę. I jeśli chodzi o magię właśnie nie do końca rozumiem sens „poziomu mocy człowieka magicznego” jakim posługuje się narrator. Autorka uznała, że każdy ma ( jak w grach komputerowych) ograniczony poziom magii który zużywa każdym rzuconym przez siebie zaklęciem, a który sam się odnawia z czasem. Taka jakby bateria magiczna. Zatem mamy osobę która rzuci z 3 zaklęcia i poziom magii się wyczerpuje i koniec, jest bezbronna (magicznie oczywiście, bo broń palną lub białą może posiadać i używać). 
Rozumiem, że chodziło o to by człowiek posługujący się magią nie był wszechpotężny, ale idea ta jest to dla mnie zbyt podobna do tej z gier komputerowych.Czytając fragmenty z użyciem zaklęć wciąż miałam przed oczyma niebieski i czerwony pasek z HP i MP  ( czyli zdrowie i moc dla nie-graczy ). No proszę was! Jakbym czytała gre komputerową!



 Drugą rzeczą jakiej mogłabym się przyczepić jest brak wyjaśnienia pojęć magicznych. Glyfy czy rodzaje uprawianej magii. Jeśli ktoś lubi fantastykę zapewne wie czym jest kinomancja lub nekromancja. Jednak reszta czytelników? Dla nich to pojęcia obce i nieznane. Nic o nich nie wiadomo. Takie zakładanie, że tylko wprawny fantasta sięgnie po tą książkę jest trochę na wyrost. Brak jakiegoś ładnie ustawionego opisu powoduje mocną konsternację zwykłego czytelnika gdy zaczyna się czytać książkę. MNIE wprawiło w konsternację! Jest to trochę nie przemyślane, bo czytelnik MUSI się domyślać ( nie odczytywać a domyślać) z czasem o co chodzi i jak coś działa. 
Kolejną dziurą w treści jest brak czegoś więcej jeśli chodzi o Wydział Magiczny. Sięgając miałam nadzieje, że będzie on głównym miejscem akcji. Jego tłem. A tu się okazuje, ze jest on potraktowany mocno po macoszemu. Stąd uważam że nazwa książki wręcz wprowadza w błąd! To nie są "akta wydziału magicznego" a "historia rodziny LaFey"! Wydział magiczny, jest daleko w tle i czasem się pojawia tak od niechcenia. Tak przypadkiem, bo potrzeba nam po prostu komisariatu. To bardzo mnie zaskoczyło i nieco zasmuciło. Bo sama idea wydziału magicznego czy podobnych instytucji, szczególnie umiejscowionych historycznie w jest pociągająca i dająca wspaniałe możliwości. Jestem wręcz fanem tego typu zagrać autorów bo po prostu uwielbiam kryminały. A jeśli jeszcze je wzbogacić magicznie to dla mnie bomba. Jednak tu się zawiodłam.

Książkę jako taką czyta się wspaniale. Płynnie, czysto i z ciekawością. Przypomina mi nieco dzieła Agaty Christie, choć jako kryminał nie jest to książka wysokich lotów. Jak pisałam wcześniej i będę to podkreślać, jest to wspaniałe dzieło jeśli chodzi o klimat XIX Anglii, podziału społecznego, stosunków arystokracji względem siebie. Uwielbiam bohaterów pierwszoplanowych, są ładnie nakreśleni mają wyraźne charaktery i ciekawe osobowości. Posługują się językiem odpowiednim do statusu społecznego i wychowania. Jest to niesamowita wisienka na torcie. Czujemy, że czytamy o anglikach, o arystokratach.   Co do bohaterów drugiego planu, hmm mogłabym się spierać czy są w pełni nakreśleni. Jedni są inni mniej ( co mnie bardzo boli) inni są bardziej. Można by było nad nimi nieco popracować, ale no cóż nie jest to wymagane. To tylko moja opinia. Całość fabuły i postaci jednak ładnie się splata w jedno.


Kolejną rzeczą jaka może zaskakiwać to niesamowita ilość retrospekcji. Jest ich chyba z 12 w całej książce i przeplatają się one z rozdziałami. Z początku może było to niesamowicie dziwne, podobnie jak pisanie z punktu widzenia bohatera. Nie jednego, a każdego który akurat się pojawia. Ale po czasie łączy się w to jedną całość i wtedy mamy pewność zrozumienia całości. A retrospekcje pomagają bardzo zrozumieć powiązania oraz motywy postępowania bohaterów w czasie teraźniejszej akcji.

Coś co jeszcze nieco mnie zmartwiło to nieco skrócone na siłę zakończenie. Rozumiem, ze autorka chciała zrobić je otwarte, by z czasem moc na przykład napisać kontynuacje (czego bym bardzo chciała, bo z bohaterami ciężko się rozstać), ale podsumowanie wydarzeń i konsekwencji tych wydarzeń jest no cóż, skrócone do absolutnego minimum. Jest wiele pytań które zostały zadane i możliwe że w przyszłej książce zostaną wyjaśnione. Jednak wątki główne są potraktowane strasznie po łebkach. Jak w trakcie książki autorka się rozpisuje nad przeżywaniem przez bohaterów każdego zdarzeń tak podsumowanie bum. I koniec. Zakończone szybko w kilku słowach. Niewystarczalne dla czytelnika oczekującego czegoś.. no właśnie, czegoś więcej. Możliwe, że zakończenia bohaterów tej książki staną się retrospekcjami w przyszłej książce ( na co bardzo liczę), lecz myślę, że nie każdemu się to spodoba.

Spodziewałam się całkiem czegoś innego i możliwe, że to było przyczyną pewnego rozczarowania. Nie chodzi o to, że to zła książka. Ba! Jest to świetna książka którą mogę polecić każdemu kto lubi klimaty angielskiej arystokracji. Jednak jeśli ktoś się spodziewa kryminału czy powieści fantasy pełnej magii mogę od razu powiedzieć, że może się mocno zawieść. Jak widzicie, mam cała masę mieszanych uczuć względem tej pozycji. Z jednej strony ją uwielbiam i się nią zachwycam, z drugiej jestem straszliwie zawiedziona. Niewiele książek wywołuje we mnie tyle emocji. Zwykle lubię, albo nie lubię historię w książce, a tu nie mogę się zdecydować.
Nie mniej jednak dla was najlepszą decyzją co sądzić o tej książce, będzie przeczytanie jej samemu.

Miłego czytania!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Dziewczyna z dzielnicy cudów" Aneta Jadowska - recenzja

"Złodzieje Snów" Maggie Stefivater - recenzja

Patricia Briggs - seria o Mercy Thompson - Recenzja